Polish (Poland)Deutsch (DE-CH-AT)

Herby Koszalina

Herby miejskie powstawały od połowy XIV wieku...

więcej

Stowarzyszenie Przyjaciół Koszalina

 

obchodzi jubileusz 20-lecia. W  ramach SPK funkcjonuje:

więcej

Dostarczałem żywność jeńcom z Colditz PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Historia miasta - Rozmowy i wywiady
piątek, 21 października 2011 07:14

W niemieckim mieście Colditz mieści się zamek o tej samej nazwie, który zasłynął w historii jako OFLAG 4C - międzynarodowy obóz karny dla jeńców wojennych. Tam przewieziono między innymi generała Bora-Komorowskiego. Polakiem, który dostarczał potajemnie żywność jeńcom był Ryszard Wieczorek, mieszkaniec Koszalina, z którym rozmawiam.

 

- Jak Pan trafił do Colditz?

- Do Colditz trafiłem w 1942 roku z mamą. Ojciec znalazł się w Colditz po łapance w Łodzi. Niemcy akurat prowadzili werbunek do pracy dla bauerów i ojciec się zgłosił, następnie nas ściągnął. Mama pracowała w fabryce porcelany, ojciec w fabryce szamotu. Ja zostałem w domu, miałem wówczas 8 lat. Najpierw mieszkaliśmy w baraku z innymi Polakami, których było sporo, potem przydzielono nas do opieki nad jedną Niemką.



- Polepszyły się wasze warunki bytowe?

 

- Frau Metzke, jak ją nazywaliśmy była bardzo ciepłą i życzliwą kobietą. Przeklinała Hitlera, bo jej syn zginął pod Stalingradem. Ojciec miał hodowlę królików, podstawowe produkty żywnościowe były na kartki. Budynek, w którym mieszkała Frau Metzke znajdował się w dosłownie kilkanaście metrów od zamku Colditz.

- Kiedy zaczął Pan dostarczać żywność do zamku?

- Przed Bożym Narodzeniem 1943 roku. W zamku byli przetrzymywani oficerowie i podoficerowie rożnych narodowości - Polacy, Holendrzy, Anglicy, Nowozelandczycy. Jedzenie dostarczałem w koszu, oczywiście pół legalnie, przepuszczał mnie po godzinie 21.00 zaprzyjaźniony z ojcem strażnik. Na zamku były dwie kuchnie - oficerska i podoficerska, ja dostarczałem żywność do tej drugiej. Kucharz był też Polakiem, segregował przyniesiony prowiant i przekazywał dalej więźniom. Wypakowanie zawartości kosza i zabranie pozostawionego chleba, czy odpadków którymi ojciec karmił króliki, trwało jakieś 10 minut.

- Dostarczał Pan tylko żywność? Skąd ją braliście?

- Ależ nie, poza jedzeniem głównie papierosy i to w dużych ilościach. Poza tym tytoń, zapałki herbatę, chleb, masło. Przypuszczam, że też jakieś informacje, grypsy. A dostarczane jedzenie braliśmy z nadwyżek jakie nam pozostały z kartek żywnościowych, papierosy z gilz robiłem sam.

- Ojciec mógł być w jakiejś konspiracji?

- Niewątpliwie tak. Wartownik z zamku mieszkał z nami po sąsiedzku, był bardzo sympatycznym Niemcem, często spotykał się z ojcem i zawsze długo rozmawiali o tym co się na zamku dzieje. Ojciec utrzymywał również dobry kontakt z miejscowym niemieckim fotografem, który robił zdjęcia więźniom. Mogli przekazywać więźniom informacje o tym co się dzieje na froncie czy z rodzinami.

- Jak wyglądał wtedy zamek?

- Komendantem obozu jenieckiego był oficer w randze generała. Przetrzymywano tu do 200 jeńców, ale była rotacja - część opuszczała Colditz za krnąbrność, czy próbę ucieczki. Na zamku był garnizon żołnierzy Wehrmachtu. Zamek otaczała fosa, od zachodu płynie rzeka Mulda. Był park zamkowy, gdzie mogli spacerować więźniowie, a całość otaczał mur wysokości 12 m . Do tego dochodził drut kolczasty i wieżyczki wartownicze. Sam zamek ma ciekawą historię, zbudował go król August II Mocny dla hrabiny Cosel.

- Wspomniał Pan o próbach ucieczek. Były takie?

- Oczywiście, mistrzami w tej dziedzinie byli Anglicy. Raz próbowali uciec skonstruowanym samodzielnie szybowcem, raz podkopem i nawet zsunąć się po murze za pomocą powiązanych prześcieradeł.

- Takie próby oznaczają że jeńcy mieli możliwość dość swobodnego poruszania się po zamku?

- Tak, mogli spacerować, spotykać się. W jednym skrzydle przebywali wyżsi oficerowie i generalicja, w nieco gorszych warunkach przebywali podoficerowie. Dostawali 3 posiłki dziennie, skromnie bez luksusu.

- Kiedy przywieziono do Colditz generała „Bora” Komorowskiego?

- Generała Komorowskiego Niemcy przywieźli w marcu 1945r. Gdy do miasta zbliżali się Amerykanie, korzystając z chwilowej przerwy w walkach na poddanie niemieckiego garnizonu, z 13 na14 kwietnia wywieziono większość jeńców, w tym Bora w głąb Rzeszy.

- Kiedy dowiedział się Pan, że na zamku przetrzymywano generała „Bora” Komorowskiego?

- Gdy Amerykanie wyzwolili miasto, przyszło do nas dwóch polskich podoficerów którzy byli powstańcami warszawskimi, a których przetrzymywano w OFLAGU 4C. Podziękowali ojcu za pomoc, przynieśli amerykańskie papierosy, słodycze, wołowinę w puszkach. Wspomnieli podczas rozmowy o pobycie generała Komorowskiego i innych żołnierzy z Powstania Warszawskiego,łącznie było ich około 30. Zresztą między nami krążyły pogłoski o tym, że Niemcy w pośpiechu wywieźli jakiegoś bardzo ważnego polskiego więźnia. Tak przy okazji wspomnę, że ci dwaj powstańcy dotarli do Hamburga a stamtąd wsadzono ich na statek do Kanady.

- Jak wyglądało wkroczenie Amerykanów do Colditz?

- Zanim wkroczyli Amerykanie, miasto i zamek poddano ostrzałowi artyleryjskiemu. Dopiero gdy 15 kwietnia o 4 rano na wieży zamkowej załopotała biała flaga, pojawili się amerykańscy żołnierze w jeepach i ciężarówkach.

- Jak się zachowywali?

- Byli bardzo serdeczni, co ciekawe - sporo z nich mówiło po polsku. Musi Pan wiedzieć, że żołnierze amerykańscy mieli w kieszeniach czekoladę i gumę do żucia, czym z ochotą obdarowywali dzieci, takie jak ja. Jakiś czas po Amerykanach miasto przejęli Rosjanie i mieliśmy drugie wyzwolenie.

- Miał Pan możliwość zwiedzić zamek po wyzwoleniu?

- Tak, zajrzałem w każdy kąt. Duże wrażenie zrobiła na mnie częściowo zniszczona sala balowa i płaskorzeźby królów polskich na korytarzowych ścianach. Pokoje jeńców były skromne, kilkuosobowe, wyposażone w proste łóżka i niezbędne tylko meble. Oczywiście pokoje w których zapewne przebywali wyżsi rangą, wyglądały nieco lepiej i były jednoosobowe. Z wyjątkiem kilku pomieszczeń, pełniących chyba funkcję karcerów, w drzwiach nie było krat.

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski

 


 

C.d...

W marcu 1945r moja mama usłyszała rozmowy od strony ulicy, mówiono po polsku. Powiedziała mi abym wyszedł zobaczyć co się dzieje. Zobaczyłem grupę mężczyzn siedzących na ziemi, opartych o budynek.

Ta grupa była pilnowana przez żołnierzy niemieckich.  Mężczyźni ci byli ubrani w  mundury, niektórzy owinięci kocami. Po chwili wróciłem od mamy niosąc ze sobą dzbanek z  kawą zbożową  oraz chlebem dla pilnowanych ludzi, żołnierz niemiecki mnie przepuścił i rozdzielono te trzy bochenki chleba wśród jeńców.  Ojciec gdy wrócił z pracy i dowiedział się o mojej rozmowie z jeńcami, zaczął mnie wypytywać o  okoliczności zajścia, tym bardziej że sam miał kontakt z jeńcami w Colditz. Opowiedziałem mu, że to była grupa która przybyła do Oflagu z Powstania Warszawskiego, wraz z dowódca generałem Borem- Komorowskim.

W dniu 12 kwietnia 1945r rozpoczęły się już pierwsze oznaki walko o Colditz- walki  między samolotami amerykańskimi i niemieckimi. Walki o miasto rozpoczęły się tak naprawdę w godzinach popołudniowych ostrzałem artyleryjskim Amerykanów. Wojska amerykańskie rozmieszczone były za rzeką Muldą. O północy nastąpiła przerwa w walkach, trwająca blisko dwóch godzin. Był to czas na poddanie się garnizonu niemieckiego na zamku.

Właściciel fabryki odesłał ojca do domu, a ten wracając natknął się na jednego z żołnierzy niemieckich pytającego o las. W czasie przerwy w działaniach wojennych tj.2-3 nad ranem, Niemcy wykorzystali sytuację i wywieźli generała Komorowskiego w nieznanym kierunku.

Ojciec dowiedział się o tym zdarzeniu od powstańców, w dniu kiedy opuszczali oni zamek, udając się do Hamburga i dalej - do Kanady.

Potem było serdeczne pożegnanie , wkroczenie Amerykanów i ich pomoc  żywnościowa. Miasto zostało zdobyte przez Amerykanów o godzinie 4 rano, 14 kwietnia 1945r. Tak zakończyła się przygoda z jeńcami Oflagu IV C w Colditz.

Ryszard Wieczorek

 

 

 

 

 

C.d...2

24.12.1945- wigilia

 

Wracając z kolejnego spotkania z jeńcami wojennymi na zamku w Colditz, nadleciały samoloty wypuszczając zapalające tzw. "choinki" . Zrobiło się bardzo widno, a wracałem około godz. 21.00 Nagle pootwierały się okna cel jeńców i zaczęto śpiewać kolędy w różnych językach.

Przy oświetlonym zamku i prószącym śniegu zrobiła się niesamowita atmosfera. Nagle nastąpiła niespodziewana chwila, z wierz strażniczych rozległy się strzały w kierunku otwartych okien więziennych. Wróciłem do domu i opowiedziałem to wszystko rodzicom. Zastałem rodzinę przy skromnie zastawionym świątecznym stole wigilijnym. Przyszła też do nas właścicielka domu, , którą się opiekowaliśmy. Przy stole i choince wspólnie zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Śpiewała również pani Metzke.

Po świętach Bożego Narodzenia wezwano ją do ratusza, miała wytłumaczyć dlaczego obchodziła wigilię z Polakami. Wspomniała mojemu ojcu, że grożono jej sankcjami. Ale jak mówiła, nie przejęła się tym. Tak wspominam ostatnią wigilię Bożego Narodzenia na obczyźnie.

C.d.n.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poniżej:

- metryka urodzenia mego brata, Jurka Wieczorka, w 1942 r w Colditz.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I zdjęcia:

- ja z bratem w 1943 roku ( jestem po lewej) w 1943 r w Colditz, w ogródku domu, gdzie mieszkaliśy

- mój brat przed wyjazdem z Colditz do Polski. W tle dom, w którym mieszkaliśmy. Na parapecie w oknie, na I piętrze

widoczna właścicielka domu - pani Metzke. Miała wówczas 77 lat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niespodziewany nalot.
W 1944 roku niosłem ojcu obiad do fabryki, by wykorzystać przerwę obiadową ( godz. 12.00-13.00). W drodze do zakładu pracy, na polanie niedaleko fabryki zaskoczył mnie sygnał syreny przeciwlotniczej, oznajmiający nalot. Samoloty amerykańskie w tym czasie dość często przelatywały nad Colditz, kierując się na Drezno i Lipsk, więc nie było w tym nic dziwnego. Colditz nie było nigdy bombardowane, ale gdy usłyszało się alarm, nie można było wychodzić na zewnątrz. Ja tymczasem chciałem dostarczyć ojcu posiłek. Nagle tuż nad moją głową pojawił się niemiecki samolot zwiadowczy. Był to jednopłatowiec z zamontowanym na stałe podwoziem Leciał tak nisko, że o mało mnie nie zahaczył kołami. W zaskoczeniu i przerażeniu, upadłem na trawę i poczekałem aż lotnik mnie minie.
Obiad w końcu dostarczyłem, ale byłą to przygoda, którą pamiętam do dziś.

Na zdjęciu: mój ojciec (pierwszy z prawej) przed fabryką, w której pracował. Lipiec 1940 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na terenie Colditz działały dwa garnizony- radziecki i amerykański, bo miasto było zdobywane dwa razy. Amerykanie wyszli pierwsi. Po 12 maja , gdy miasto opuścili jeńcy  wojenni- Polacy, Nowozelandczycy, Francuzi i inni, Rosjanie przejęli miasto całkowicie. Garnizon amerykański stacjonował w zamku, była to głównie żandarmeria wojskowa- MP. Byłem świadkiem,  jak Amerykanie wywozili z zamku cenne dzieła sztuki. Po godzinie 18.00 były montowane kable łączności, do oddziałów amerykańskich po drugiej stronie rzeki Muldy. Rosjanie urządzili się z niewielkim oddziałem i sztabem w ratuszu, głównie plądrowali. Ciekawa rzecz, gdy spotykały się na mieście oba patrole, Amerykanie z pogardą potrafili rzucić Rosjanom niedopałek papierosa pod nogi, a ci go gasili i chowali za pazuchę.

Foto- fabryka gdzie pracował ojciec, od wewnątrz, baraki dla robotników przymusowych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Akt zgonu siostry z widoczną nazwą Colditz:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poprawiony: sobota, 25 lipca 2015 16:47
 
wszystkie prawa zastrzeżone :www.przyjaciele.koszalin.pl
projekt i wykonanie: