Polish (Poland)Deutsch (DE-CH-AT)

Herby Koszalina

Herby miejskie powstawały od połowy XIV wieku...

więcej

Stowarzyszenie Przyjaciół Koszalina

 

obchodzi jubileusz 20-lecia. W  ramach SPK funkcjonuje:

więcej

Historia najnowsza
Obchody Powstania Wielkopolskiego PDF Drukuj Email

 
GOLM czyli Gołogóra PDF Drukuj Email

Kompleks Wzgórz Chełmskich rozciąga się od Skwierzynki do Maszkowa/ponad 9 km/. Najwyższe wzniesienia znajdują się w części północnej - jest to  GOLM czyli Gołogóra czyli Chełm, a od tego - Góra Chełmska/z najwyższym wzniesieniem Krzyżanka/137 m n.p.m./. Wzgórza te w pobliżu Koszalina stały się od VII wieku naszej ery terenem niezwykle ciekawym dla przybyłych w tym czasie Słowian - "Gdy słońce było bogiem". Wybudowali oni na szczycie świątynię „Kącinę” – była ona miejscem modłów i obrzędów znanym na całym Pomorzu.  Po misji (XII wiek) na Pomorzu Biskupa Ottona z Bambergu w miejscach kącin budowano kaplice i kościoły. Góra stała się celem pielgrzymek obrządku rzymskokatolickiego. Przybywały tu pielgrzymki z całej Europy. Po przyjęciu przez Pomorzan religii protestanckiej kult tego miejsca upadł. Koszalinianie nie zapomnieli jednak o Górze, którą nazwali Gollenberg/Gołogóra/. W trakcie rządów w mieście najlepszego niemieckiego burmistrza Ernsta Augusta Brauna(1816-1859) porządkowano i gospodarkę leśną m.in. wytyczono alejki, trasy, drogi. W 1844r. wybudowano na płaskim terenie ośrodek sportów – „Gollensportplatz”. W czerwcu 1844r. na tym terenie zorganizowano pierwszą imprezę Bergfeste. Powstały w Koszalinie liczne kluby i towarzystwa sportowe. Na tym terenie odbywały się mecze piłki nożnej, ręcznej, pokazy gimnastyczne, pokazy atletyczne, sporty zimowe itp.  W latach 1908 do 1914 „wysypały” w Köslinie liczne kluby sportowe. Szczególnie modne były pokazy gimnastyczne i dlatego na tym stadionie posadzono dąb „Jahn Eiche” na cześć twórcy gimnastyki niemieckiej Friedricha Ludwiga Jahna( dąb ten ma się bardzo dobrze – wielki, rozłożysty).

W 1888r. wybudowano wieżę widokową, a obok niej obiekty gastronomiczne.

Przed I wojną zbudowano na zboczach trasy narciarskie, tory saneczkowe i bobslejowy( najdłuższy 1000-metrowy, istnieje do dziś)- prowadzi on od podnóża wieży w kierunku północnym prawie do drogi( drogę Koszalin- Darłowo wybudowano na początku XX wieku).

W okresie niemieckim Kompleks Gollenberg tętnił życiem i zimą, i latem. Na Portalu Historii Koszalina znajduje się kolorowa, niemiecka mapa tego terenu /jakżeż aktualna/ – zapraszam" Galeria 4".

W 1965 r. za rządów w mieście Tadeusza Ozgi wybudowano na stoku Amfiteatr - występowało tu m.in. Mazowsze i Śląsk.

W naszym Koszalinie  dawny Gollensportpltz przejęło Koło Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej „TUR” przy Zakładach Mięsnych. To był niestety ostatni piękny akord tej leśnej symfonii.

Ślizgałem się na nartach i sankach w latach 70. - kiedy to zimy były śnieżne. Oj tłoczno było i na torze, i na stokach.

Na malowniczych stokach wytyczone są piękne trasy piesze, nordic walkingu, rowerowe, nie brakuje tu czterokołowców różnej maści. Tylko żal, że zimy skąpią śniegu.

W lecie "Honory Domu" na stadionie leśnym pełnią  Nasi Rycerze - dostąpiłem zaszczytu szycia z ich łuków.

W dniu 1 czerwca 1991r. pielgrzymował na tę Górę interdyscyplinarny Sportowiec i Turysta - Jan Paweł II - nasz Papież. Od tego dnia nowo poświęcona Kaplica jest znów celem i miejscem pielgrzymek.

Józef Maciej Sprutta

 
Czy i komu jest dziś potrzebna kultura? PDF Drukuj Email

Dr hab. Kazimierz Chruściński

Profesor  Politechniki Koszalińskiej

 

Czy i komu potrzebna jest dziś  kultura ?

Pozwolą Państwo, że ten "mini-wykład" (określenie Leszka Kołakowskiego), zatytułowany na pozór dość banalnie - „Czy i komu potrzebna jest dziś kultura?”, rozpocznę  od przypomnienia  oczywistej sprawy,   dotyczącej człowieka i jego podstawowych potrzeb.

Każdy z nas ma, jak  wiemy, dualistyczną strukturę – cielesną   (przynależną do świata przyrody) i tzw. duchową (przynależną do świata kultury). Zaspokajamy swoje potrzeby, związane z bytem biologicznym, czyli  fizyczną egzystencją, nie bagatelizujemy potrzeb, wypełniających sens życia, czyli  esencję. Od dawna toczy się spór, która z tych struktur jest ważniejsza.  Jedni, jak Platon, wyżej stawiali uczucie i intelekt, czyli ducha, więzionego prze ciało, drudzy, jak Arystoteles -  ciało, będące żywym bytem biologicznym, obdarzonym rozumem i psychiką.  Filozofia, w zależności od wymagań epok i panujących teorii, prezentowała w tej kwestii  zmienne stanowiska, ale na ogół dominowało przeświadczenie o potrzebie  doceniania harmonii pomiędzy tymi dwoma  strukturami człowieka.  Maksyma poety rzymskiego Juwenalisa, od którego nazwiska  zabawne imprezy studenckie nazywamy juwenaliami, głosiła:  "W zdrowym ciele, zdrowy duch".  Człowiek pragnie długo żyć w sensie fizyczno-biologicznym, ale niezbyt ciężko zarabiać na jego podtrzymywanie i  widzieć sens  kruchego, ziemskiego  żywota,  podpowiadany i uświadamiany przez kulturę. Nie wystarcza więc dbałość tylko o zdrowie, ale również o myślenie. Wspomniany Platon miał słuszność, głosząc zasadę: „Zanim przystąpisz do leczenia ciała, najpierw musisz uleczyć umysł”.

W czasach PRL-u, jak dobrze pamiętam,  z powodu marnej gospodarki, zalecano model  prostaczego życia,  ale w w miarę dostrzegania uroków bogatej cywilizacji zachodniej coraz bardziej pragnęliśmy  jego ulepszenia zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej. Wydarzenia sierpniowe 1980 roku doprowadziły do obalenia nielubianego przez większość społeczeństwa systemu   socjalistycznego i  przywrócenia kapitalizmu ze swoją starą,  konfliktową naturą. Wyłonił się ponownie pewien paradoks: jak pogodzić ideę solidarności i budowania dobra wspólnego z zasadami egoizmu i konkurencyjności. Człowiek bowiem  jest z natury pazerny, żądny sukcesu, który podnosi poczucie radości, często stopień zamożności i pozycję w społeczeństwie.  Stefan Chwin, profesor Uniwersytetu Gdańskiego,  ma niewątpliwie wiele racji, twierdząc, że dawny ideał wychowawczy, zbudowany na klasycznych i chrześcijańskich zasadach  etyczno-moralnych, został w dużym stopniu zastąpiony przez ideał drapieżny, przypominający  prawo dżungli: "dziecko wychowywać tak, jak  konkurenta prześcignąć, bądź doprowadzić do ruiny". Zakładaliśmy, że na  rozwój cywilizacji będą mieli  duży,  pozytywny wpływ  przedsiębiorcy, ale nie ich przesadny kult, jak się stało,  promujący skrajny indywidualizm – model człowieka rzutkiego,   dążącego do bogactwa  nie zawsze rzetelną i uczciwą pracą, czego przykładem jest  afera gdańskiej spółki "Amber  Gold". Szkodzi  niewątpliwie dziś kulturze znaczne osłabienie się patronatu państwa, zbyt skąpe wspieranie finansowe potrzeb kultury także ze strony większości przedsiębiorców, ale najbardziej chyba panosząca się niemal wszędzie  logika rynku, która – według  Agnieszki Graff  z Uniwersytetu Warszawskiego - "deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne",  a tym samym i  kulturę.

Rodzi się pytanie: co to właściwie jest kultura  i czy bez niej  możemy się obejść ?.  Aczkolwiek jest to pytanie, w szczególności jego druga część, o charakterze retorycznym, spróbujmy choć na moment zastanowić się nad rozumieniem istoty kultury. Nie trzeba przekonywać, że niektóre zwierzęta na swój sposób są mądre, np.  psy, odpowiednio wyuczone, niosą pomoc osobom niepełnosprawnym, pomagają policji przy wykrywaniu narkotyków, bądź stają się aktorami, jak Szarik w serialu "Czterej pancerni i pies". Często słyszymy takie zdanie: "Odnoszę wrażenie, że ten twój nowy sąsiad to porządny  człowiek – dba o swój wygląd,  regularnie wychodzi z pieskiem na spacer, lubi rozmawiać i grzecznie się kłania". Wytrenowane zachowania zwierząt i obycie towarzyskie sąsiada   to symptomy ich dobrego wychowania, ale to jeszcze nie właściwa kultura. Lepiej wtedy mówić o wyuczonym zwierzęciu i kulturalnym człowieku, bo nie wiemy dobrze, jaką ten sąsiad ma w sobie  kulturę. Warto czasami zastanowić nad tym, jak mocno  bliski mi człowiek  tkwi w kulturze, a ona w nim. Badacze, nie tylko przeciętni ludzie, mają wciąż kłopot z jednoznacznym zdefiniowaniem złożonego pojęcia kultury. Po raz pierwszy spróbował naukowo zdefiniować istotę kultury angielski antropolog  Edward Tylor w książce Kultura pierwotna (1871). "Kultura, czyli cywilizacja  - twierdził  -  w najszerszym znaczeniu etnograficznym, jest to pojęcie obejmujące wiedzę, wierzenia, sztukę, moralność, prawo, obyczaje i inne zdolności i przyzwyczajenia nabyte przez człowieka jako członka społeczeństwa". Kultura człowieka, słusznie myślał ten badacz,  jest powoli   nabywana i  później współtworzona przez człowieka w ścisłym jego kontakcie ze społeczeństwem, ale nie można tego szerokiego pojęcia, jak sądzę,  sprowadzać do ilościowego  bogactwa wiedzy z różnych dziedzin  życia i wytworów ludzkiej aktywności, nawet jeśli przynależą do kultury symbolicznej - jak nauka,  religia i sztuka.

Nie  zamierzam bynajmniej pomniejszać znaczenia konkretnych, istniejących  faktów kulturalnych (stricte artystycznych) z różnych dziedzin sztuki, jak rzeźba, malarstwo, muzyka i literatura piękna,  czy naukowych, jak znane odkrycia Kopernika czy  Marii Skłodowskiej-Curie, które potwierdzają ogromne zasługi  człowieka w rozwoju  cywilizacji. Kultura poszerza horyzont widzenia świata,  uczy człowieka myślenia i rozumienia  innych, udoskonala jego zdolności i umiejętności  przekazywania tradycji,  przyswajania wierzeń religijnych,  wiedzy i doświadczeń   oraz – mówiąc kolokwialnie – wciąga go  do przetwarzania świata natury i samego siebie.  Ale kultura stanowi także zjawisko  ponadjednostkowe, zespala, niejednokrotnie skonfliktowaną zbiorowość, czyli wspólnotę ludzką, utrwala  narodowe tożsamości, uodporniając je na różne próby ich  osłabiania, bądź  zakusy całkowitego zniszczenia.  Obie postaci kultury,  nazywane umownie przeze mnie - „widoczna” i „niewidoczna”,  są ważne, chociaż ta druga, niezauważalna gołym okiem, a tylko – jakby to powiedział typowy romantyk – "oczyma duszy",  wypełniona jest wartościami o szczególnej  ważności.   Rozwijają one wrażliwość i wyobraźnię, wzbogacają i uszlachetniają osobowość, czyli umysłowe i duchowe wnętrze człowieka, ułatwiające rozróżnianie dobra i zła oraz warunkujące nasze działania. Kultura bowiem to nie tylko twórcze dokonania artystów i uczonych, ale także postawy i jakości życia zwykłych ludzi. O tym  szerzej mówiłem w końcu listopada 2009 roku,  przy okazji promocji świeżo wydanej swojej  książki o związkach kulturowych Polaków z południową Francją,  podczas konferencji na temat dziedzictwa polonijnego w Lourdes, zorganizowanej przez Polską Misję Katolicką  z siedzibą w Paryżu, polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stowarzyszenie "Wspólnota Polska", które reprezentował Maciej Płażyński.

Kultura    jest niewątpliwie potrzebna,  konieczna do życia człowieka i narodu – niemal jak woda i chleb - i bez niej nie można się obejść.  Papież Jan Paweł II doceniał „widoczną” i „niewidoczną” kulturę, ale wyżej stawiał tę drugą, duchową  W czerwcu 1980 roku mówił: "Człowiek żyje prawdziwie ludzkim  życiem dzięki kulturze".  Także starożytni filozofowie głosili zbliżone opinie. Cyceron, wykształcony Rzymianin, który  wprowadził termin "cultura animi" na  oznaczenie uprawy, kształtowania nie ciała, ale ducha i umysłu,  w dziele Rozprawy tuskulańskie uzasadniał następująco twórczą rolę kultury: "Czymże bez ciebie bylibyśmy nie tylko my,  ale czym byłoby w ogóle ludzkie życie? Tyś pozakładała miasta, ty rozproszonych ludzi powołałaś do życia społecznego, ty zespoliłaś ich między sobą najpierw przez wspólne osiedla, później przez małżeństwa, a wreszcie przez wspólnotę mowy i pisma. Tyś wynalazczynią  praw, nauczycielką dobrych obyczajów i ładu".

W ramach  kultury narodowej istnieje wiele jej rodzajów.  Obok  kultury wysokiej (elitarnej), dawniej zadomowionej niemal wyłącznie na dworach magnackich i salonach arystokratycznych w dużych miastach, dzisiaj wśród części  inteligencji, ponadto mamy  kulturę masową, czyli popularną,  z jej odmianami ( pop-art, pop-muzyka, subkultura) i tradycyjną kulturę ludową, czyli chłopską, jak się zdaje, powoli gasnącą.    Każda z tych kultur ma odrębną   historię , odmienne  kanały obiegu i swoich  odbiorców, pełniąc – obok wspólnych - także zróżnicowane właściwości i funkcje.  Byłoby niedorzecznością, gdybyśmy wymagali, by ludzie, pochodzący z różnych środowisk społecznych i grup intelektualnych, jednakowo   cenili wszystkie wspomniane odmiany i rodzaje  kultury, więcej – dobrze je znali, uwielbiali i byli ich współtwórcami. Nie wszyscy  muszą uznawać kulturę elitarną i awangardową,  lubującą się w eksperymentowaniu,  preferowaną  przez tzw. "mniejszość intelektualną". Wytwory kultury wysokiej, jak  powieść Joyce'a Ulisses, wykorzystująca symultaniczną technikę strumienia świadomości,  osiągnięcia artystyczne Ionesco i Becketta – współtwórców paryskiego  teatru "absurdu",  nowatorskie sztuki Gombrowicza i Witkacego czy wreszcie surrealistyczne konstrukcje metalowe Płomienne ptaki Władysława Hasiora, eksponowane od 1977 r. na wzgórzu przed gmachem rektoratu Politechniki Koszalińskiej –  powodują niemałe zakłopotanie z ich odbiorem i wartościowaniem. Ćwierć wieku temu, kiedy przejeżdżałem  samochodem przez Koszalin i nie oglądałem  z bliska tych udziwnionych konstrukcji,  myślałem wtedy, że są to stare armaty, ustawione  przed jakąś muzealną placówką wojskową. Dopiero później, jak podjąłem  wykłady   na kierunku pedagogiki przy ulicy Śniadeckich, zorientowałem się, że cechuje je wieloznaczność,  mogą sugerować pługi rolnicze, skrzydła ptaków bądź   rydwany jeźdźców, częściowo i  militaria.

Są ludzie, którzy mają  wykształcenie, ale nie lubią sztuki wysokiej, a tylko masową. Ubolewać trzeba, że starsi – z różnych powodów - nie czytają książek, nie chodzą często do teatru, opery i filharmonii,  chętnie natomiast w domu oglądają  kryminały i  seriale w telewizji, zwłaszcza telenowele i tzw. opery mydlane, bądź  programy publicystyczne, oparte na faktach,  młodsi   bawią się w mniej lub bardziej obskurnych dyskotekach, lubią muzykę metalową,  disco polo,  pop-muzykę oraz - jeśli nie mylę - jej  wykonawców  -  Amerykankę Madonnę i Polkę Dodę.   Należy pogodzić się ze zjawiskiem dość dużego zróżnicowania kulturowego naszego społeczeństwa. Mamy zapewne własne zdanie w tych sprawach, niejednokrotnie krytyczne,  ale - w imię uszanowania godności ludzkiej - wypada  powstrzymywać się z ich wygłaszaniem, zwłaszcza publicznie, także w gronie towarzyskim, zbyt  skrajnie  ujemnych opinii o poziomie intelektualnym i smaku estetycznym niektórych kategorii odbiorców kultury, zajmując jednak bardziej zdecydowane stanowisko, jeśli trzeba, wobec przejawów, delikatnie mówiąc, grubiańskiego zachowania i używania wulgarnego języka.. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że  spora część  młodzieży w kapturach i kibiców sportowych, tzw. szalikowców,  zachowuje się bardzo nagannie, uprawia po prostu wandalizm.  Wywołuje awantury, zwłaszcza podczas rozgrywek piłkarskich,  niszczy przy okazji   drogie obiekty sportowe i mienie publiczne poza stadionami. Być może, są wśród nich też i tacy, którzy  bez skrupułów odbierają życie innym, niejednokrotnie z najbliższej rodziny, w tym i dzieciom.  Tego rodzaju sporadyczne, przykre fakty i zdarzenia, spotykane nie tylko w naszym kraju, mówią o ubóstwie, bądź całkowitym braku kultury wewnętrznej,  budząc uzasadniony niepokój.

Kultura masowa,  powielająca istniejące wzory i stereotypy oraz  łatwa na ogół w odbiorze, adresowana do nieokreślonej bliżej zbiorowości, nie  stanowi mocnego i trwałego fundamentu narodowego dziedzictwa kulturowego, ale  dla wielu jest substytutem wysokiej kultury.  Bywa nieraz  tak,   że budzi pogardę osób, zaliczających   się do  elity intelektualnej. Tymczasem zdarza się, że potrafi  zaskakiwać ciekawymi osiągnięciami artystycznymi, znacznie przewyższającymi popularność utworów  nowatorskich czy awangardowych. Przywołajmy znamienny  przykład z historii literatury.  Sienkiewicz, jak wiemy, był wyróżniony literacką nagrodę Nobla za Quo vadis i inne,  głęboko patriotyczne i  humanistyczne utwory o tematyce historycznej oraz mistrzostwo sztuki pisarskiej, tymczasem Witold Gombrowicz, uchodzący za jednego z gigantów współczesnej literatury polskiej,   kpił z Trylogii, napisanej "ku pokrzepieniu serc",  złośliwie nazywając jej autora   "pierwszorzędnym  pisarzem drugorzędnym", czyli mało ważnym. Czas pokazał, że Sienkiewicz a nie Gombrowicz – używając metafory Mickiewicza -  "trafił pod strzechy". Oto  inny przykład, tym razem z  kultury muzycznej.   Telewizja Śląska  od pewnego czasu promuje radosne pieśni miłosne i biesiadne, chętnie słuchane, mające  zrozumiałą treść,  pełne optymizmu i romantycznych  uczuć, iście słowiańską  melodyjność,  bezpretensjonalnie wykonywane przez utalentowanych artystów, wśród których znajduje się  Teresa Werner, członek Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", autorka poszukiwanej płyty "Spełnić marzenia", zawierającej takie pieśni, jak  "Miłość jest piękna", "Kocham Cię, mamo".  Biją one  rekordy popularności na listach  przebojów, oklaskiwane są na publicznych imprezach nie tylko na Śląsku, ale i w centrum kraju, także za granicą.  Taka muzyka masowa jest też potrzebna, podoba się, łagodzi stresy, podnosi na duchu,  łatwo trafia do serca  i rozumu,  bez względu na  poziom intelektualny odbiorców.

Narasta potrzeba  zintensyfikowania  i znacznego rozszerzenia  procesu  humanizacji   zaniedbanego kulturalnie dużej  części społeczeństwa,  co wcześniej sygnalizowałem,   wzmożenia działalności wychowawczej w różnych środowiskach społecznych, docierającej do ich tzw. głębi, pełniejszej i znacznie skuteczniejszej  realizacji celów i założeń szeroko pojętej  edukacji kulturalnej.  Zakłada ona   lepsze  przygotowanie jednostki ludzkiej do aktywnego uczestnictwa w kulturze,   ale przede wszystkim  do życia w świecie ogólnych  wartości, rozpatrywanych przez aksjologię,  takich, jak  kategorie piękna, dobra i prawdy,  szlachetna miłość, tolerancja,  wolność słowa, idea solidarności,   ludzka godność i pracowitość,  zasady rzetelności i uczciwości. Te wewnętrzne wartości kulturowe – podkreślmy to szczególnie mocno – mogą stanowić w obecnych czasach kryzysu i chaosu wartości etyczno-moralnych - materiał do  tworzenia pożądanych modeli ludzkich osobowości, determinują  w sposób zasadniczy  wrażliwość, odczuwanie, myślenie i zachowanie oraz wyrabiają umiejętność samokontroli. Pozwalają więc w dużym stopniu rozstrzygać dylemat:  mamy czy nie mamy  na odpowiednim  poziomie  kulturę wewnętrzną,   różniącą  nas od  reszty świata przyrody.  Tych abstrakcyjnych  wartości nie sposób spostrzegać przysłowiowym gołym okiem, nie da się ich nosić w kieszeni czy przechowywać w banku,  ale są – jeśli wierzyć  znawcom antropologii kulturowej  -  niezwykle ważne i potrzebne,   cenniejsze    bodajże  niż  złoto.

----------------------

P.S.  Tekst ten został wygłoszony 3 października 2012  podczas inauguracji roku akademickiego 2012-2013 Instytutu Polityki Społecznej i Stosunków Międzynarodowych Politechniki Koszalińskiej.

 
"Dora" - nasza sąsiadka zza miedzy PDF Drukuj Email

Z Koszalina do Darłówka jest ok. 42km. Po drodze koło  miejscowości Bobolino widać w polu resztki betonowych ruin . To była malutka, cicha nadmorska miejscowość, położona u ujścia rzeki Wieprzy, w pobliżu miasteczka Darłowo, obok wzniesienia Lisia Góra, na zachód od Darłówka.
Do końca XVI w. istniała tu wieś Carew. Wokół rozpościerały się torfowe łąki.
Od morza, od północy,  dzieliła ją wysoka wydma; na wschód od Lisiej Góry był nadmorski las i biegła jedyna droga do Darłowa. Właścicielem tego terenu była darłowska masarnia, która kupiła ten teren z myślą o pozyskiwaniu torfu. Ale po zmianie właściciela zaprzestano wydobycia.
Teren został osuszony, wybudowano na nim kurzą fermę oraz hurtownię napoi. Teren wokół Lisiej Góry był dla darłowian bardzo atrakcyjny rekreacyjnie. I tak sobie było aż do 1934 roku.
Teren pasował na poligon. Pojawili się obcy ludzie, którzy dokonywali pomiarów tych terenów. Właścicielom gruntów zaproponowano ich sprzedaż po atrakcyjnych cenach. Wszyscy skorzystali z tej propozycji, ale nikt nie wiedział, jakie są zamierzenia dotyczące dalszego wykorzystywania tego terenu. Zaczęły krążyć plotki…
W 1936 roku rozpoczęto budowę w Darłówku poligonu doświadczalnego najcięższych armat lądowych. Prace postępowały bardzo szybko. Z Darłowa pociągnięto bocznicę kolejową; drogę poszerzono i wzmocniono tak, aby można było po niej przewozić ciężkie ładunki.
Na rzece Grabówce wybudowano dwa mosty- kolejowy i drogowy. Pomiędzy obu tymi mostami wybudowano (!) biologiczną oczyszczalnię ścieków.
Na terenie baterii, obszar ok. 250 ha, powstało wiele dwupiętrowych baraków, magazynów amunicji, bunkrów, hale montażowe, warsztaty naprawcze oraz wieża,  jako główne stanowisko dowodzenia. Głównym elementem poligonu były cztery stałe stanowiska strzeleckie, odpowiednio przygotowana bocznica kolejowa i jedno stanowisko obrotowe. Jednocześnie budowano stocznię w darłowskim awanporcie.
Przy budowie, a później w samej baterii, zatrudnienie znalazło wielu okolicznych mieszkańców – ograniczyło to znacznie wysokie w tym rejonie bezrobocie. Specjalnie dla pracowników uruchomiono linię komunikacyjną z Darłowa.
Budowę poligonu ukończono w 1938r. Cały teren był silnie strzeżony przez pododdział wartowniczy.
Zjechał potencjał intelektualny z całych Niemiec, aby wypróbować coś, co miało służyć realizacji wizji panowania nad Europą.
Na poligon zaczęto sprowadzać działa. Na czas próbnych strzelań okoliczni rolnicy byli wysiedlani ze swoich domów. Próbne strzelania wykazały, że poziom hałasu i oddziaływanie siły podmuchu dla okolicznych zabudowań były w normie. Po dokonaniu testów,  działa z Darłówka wywożono.
Na czas strzelań artyleryjskich poligon był dozorowany od strony morza. Do tego celu służyły specjalne dwa szybkie kutry: „Käthe” i „Grete”, które pilnowały, aby do zamkniętego akwenu nie wchodziły inne jednostki pływające. Do holowania tarcz był wynajmowany pełnomorski holownik.
W 1937 roku zakłady Kruppa w Essen otrzymały zamówienie na skonstruowanie i wyprodukowanie armaty zdolnej przebić siedmiometrowy żelbeton lub jednometrową płytę pancerną. W ten sposób na deskach kreślarskich powstała potężna armata o nazwie „Dora”, nazywana również dzieckiem Adolfa Hitlera, bo  wszystko co jej dotyczyło, odbywało się na jego osobisty rozkaz (konstrukcja, produkcja, pierwsze próby, a potem użycie pod Sewastopolem).
Skonstruował ją prof. Erich Müller. Jej kaliber wynosił 80cm; ważyła 1200 ton,  pocisk pancerny ważył 7,1 tony (lecąc z prędkością 600-800 m/s przebijał grunt na głębokość 32m), a ładunek miotający mierzył 7,8m;  odległość strzału wahała się od 18,5km do 37,2km. W 1944 roku zwiększono zasięg maksymalny o dalsze 15km.
„Dora” była działem kolejowym, największym w historii ludzkości. Zbudowano dla niej specjalną platformę kolejową. Zamontowana na niej była specjalna obrotnica Vögla, która umożliwiała strzelanie w każdym kierunku. W całości zestaw mierzył 43m dł., 7m szer., 12m wys. Do transportu rozkładano na 7 części. Obsługą, jak wyliczyli Brytyjczycy, zajmowało się w sumie 3790 ludzi. Aby przetestować coś takiego, potrzeba odpowiednich warunków. Na lądzie nie ma tak dużych poligonów artyleryjskich – pocisk wystrzelony musiałby upaść na terenie poligonu.
autorka przy łusce pocisku do Dory w Imperial War Museum w Londynie
(autorka przy łusce pocisku do armaty Dora, w Imperial War Museum w Londynie)
Znaleziono inne rozwiązanie. Pociski będą wystrzeliwane w stronę morza i upadały do wody. Pierwsze próby odbywały się na poligonie Hillersleben, ale koszty rosły horrendalnie i Alfred Krupp zdecydował działo przenieść…poligon w Darłówku był do tego idealnym miejscem.
Pod koniec 1940 roku na tamtejszy poligon zwieziono wszystkie zdobyte we Francji ciężkie działa. Między innymi pięć francuskich dział o kalibrze 194 mm, które po zakończeniu wojny trafiły do polskiej Marynarki Wojennej.
Wszystkie działa poddano próbom w celu ich wykorzystania w dalszych działaniach wojennych.
W 1941 roku na darłowski poligon dotarła „Dora”. Jej obsługą zajmowało się 450 artylerzystów oraz 20 inżynierów z zakładów Kruppa.  To tutaj przygotowywana była do działań wojennych ze Związkiem Radzieckim. Czekała ją daleka podróż. Ale najpierw przeszła próby ogniowe.
Pierwsza odbyła się 25.listopada 1941r.. Obserwatorami byli najwięksi prominenci III Rzeszy: Adolf Hitler, wicemarszałek Wilhelm Keitel, płk Heinz Guderian, minister Rzeszy Albert Speer, płk Heinz Brandt, gen. Wilhelm von Leeb, prof. Ferdynand Porsche, delegacja  hiszpańskiej misji wojskowej, Gerhard Taube.
Próby trwały do 5.grudnia 1941, wykonano ich 8.
Kiedy „Dora” przebywała już w Darłówku, w zakładach Kruppa w Eisenach trwał montaż drugiego giganta – kaliber 80cm – „Ciężkiego Gustawa”. Jego pierwsza próba odbyła się na poligonie Hillersleben  8.czerwca 1942r. I jego przytargano do Darłówka - w lutym 1943r., ale nigdy nie został użyty w boju. Koncern Kruppa zakończył też projekt „Długiego Gustawa”- kaliber 52cm – działo nie opuściło hali fabrycznej; zbombardowano je 27. lutego 1943roku a wraz z nim halę fabryczną, za którą w 1935 roku Alfred Krupp zapłacił 10 mln marek.
5.kwietnia 1942r. komendant darłowskiej jednostki-Robert Böhm otrzymał od gen. Haldera rozkaz Hitlera, aby „Dorę” przetransportować na Krym. Transport odbywał się trzema specjalnymi pociągami. Budowa stanowiska ogniowego trwała 5 tygodni, a pociągi z częściami stały pod Sewastopolem od 25.kwietnia do 26. maja. Do uruchomienia tego działa potrzeba było ok. 5 tys. ludzi, 5.czerwca 1942r. padł pierwszy strzał. Trafiono w magazyn amunicji, Niemcy wkroczyli do Sewastopola w lipcu 1942 roku, lecz na krótko.
Hitler zadowolony z sukcesu na Krymie rozkazał przewieźć działo do Leningradu. Ale nie dotarło ono tam; następowały zmiany na froncie wschodnim. Powstało zagrożenie,  że „Dora” wpadnie w ręce Rosjan. Rozmontowano ją i pospiesznie przewieziono do Darłowa  w lutym 1943roku.
Hitler chciał użyć „Dory” również do ostrzału Gibraltaru. Liczył na przychylność Hiszpanii, że gen. Franco  przepuści  to działo przez  swój kraj po szerokich torach, które już tam  były. Ale nic z tego nie wyszło.
Sam poligon nie zaprzestał swojej działalności, poszukiwano możliwości powstrzymania naporu wojsk nieprzyjacielskich, nieubłaganie zbliżających się do przedwojennych granic Niemiec.Jeszcze wiosną 1944 roku przeprowadzano na poligonie doświadczenia, których celem miało być zwiększenie zasięgu dział dalekosiężnych.
W styczniu 1945 r. płk Heims otrzymał rozkaz zniszczenia strzelnicy w Darłówku, a dla armat zaczęła się wariacka jazda w głąb Niemiec. Dla „Dory” zakończyła się w Ober-Lichtenau, dla „Gustawa” w Grafenwöhr. W kwietniu 1945r. oba działa wysadzono w powietrze.
Poligon w Darłówku nie był broniony. Co było możliwe do wywiezienia, wcześniej zostało wywiezione;  reszty dokonał oddział saperów, który jako ostatni opuścił Darłówek na pokładzie okrętu 6 marca 1945 roku.
Jednak cała dokumentacja techniczna  trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy zajęli zakłady Kruppa w 1945 roku. Do dnia dzisiejszego znajduje się ona w londyńskim Imperial War Museum jako eksponat, jak również łuski pocisków  do armaty „Dora”.

 

opracowała: Alicja Leitgeber-Miziołek

wykorzystano artykuł J.Nitkowskiej-Węglarz,"Przeglądu Morskiego"

 
Pan Chodkowski, ten to potrafi... PDF Drukuj Email
Historia miasta - Historia najnowsza
czwartek, 27 września 2012 00:00

JUBILEUSZ Wacław Chodkowski, mistrz piekarski, jakich niewielu, niedawno świętował 80. urodziny. Z tej okazji odebrał mnóstwo życzeń. My także mówimy:sto lat! I dziękujemy za słynny drzewiański chleb.

Alina Konieczna Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Fotografia Małgorzata Chodkowska


Wacława Chodkowskiego w Koszalinie znają chyba wszyscy. Jego "Piekarnia Drzewiańska", od lat słynąca ze znakomitych wypieków, na stale wrosła w miejski krajobraz. Ale piekarska przygoda pana Wacława zaczęła się w zupełnie innym miejscu.

Miał być kowalem

O przeszłości rozmawiamy z jubilatem w jego piekarni przy ul. Zwycięstwa. To, że zostanie piekarzem, na początku wcale nie było takie oczywiste.

- Tatuś chciał, żebym był kowalem - opowiada. - Poszedłem terminować do kowala, ale po jednym dniu wiedziałem, że to nie dla mnie. Było za ciężko. Tato miał kolegę piekarza. Powiedział mi, spróbuj tam.

Spróbował i od razu wiedział, że piekarstwo to jego przeznaczenie. Miał 14 lat, gdy został uczniem piekarnictwa w powiecie Przasnysz, skąd pochodzi. Jako szesnastoletni chłopak rozpoczął pracę w prywatnej piekarni, jednocześnie uczył się rzemiosła na kursie dla czeladników.

- W zawodzie jestem od 66 lat, do piekarskiego fachu przygotowałem 90 uczniów - podkreśla dziś. - Zawsze im mówiłem, żeby być dobrym piekarzem, nie są potrzebne żadne cuda. Liczy się dokładność, zamiłowanie do zawodu i solidność.

Kierunek: zachód

W 1960 roku Wacław Chodkowski ożenił się. Młodzi postanowili spróbować szczęścia na ziemiach odzyskanych. Spakowali dobytek (poza rowerem niewiele tego było) i przyjechali do Dobrzycy. Pan Wacław podjął pracę w piekarni GS, jego żona Romualda, z zawodu nauczycielka, uczyła dzieci w miejscowej Szkole Podstawowej.

- Dobrze wspominam tamte lata - opowiada dziś Wacław Chodkowski. - Na początku nie mieliśmy niczego, dorabialiśmy się wspólnie, byliśmy tacy szczęśliwi.

Poprawiony: czwartek, 07 lutego 2013 22:25
Więcej…
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 następna > ostatnia >>

Strona 3 z 7
wszystkie prawa zastrzeżone :www.przyjaciele.koszalin.pl
projekt i wykonanie: